Rozmowa z Wojciechem Tremiszewskim
30.08.2019
AMBER FEST to nie tylko znakomite wyroby pomorskich browarników, świetne smaki, ale także wyjątkowa atmosfera, o którą potrafi zadbać Wojciech Tremiszewski - aktor, scenarzysta i reżyser, który poprowadzi kolejną edycję Pomorskiego Święta Piwa. W rozmowie z Gdansk News Wojciech Tremiszewski opowiada o pracy konferansjera podczas AMBER FEST, oraz swojej działalności artystycznej. Zapraszamy do lektury.

Niedługo uczestnicy AMBER FEST-Pomorskie Święto Piwa będą mogli spotkać Pana ponownie w roli prowadzącego to wydarzenie. Co stanowi dla Pana największe wyzwanie podczas tego typu imprezy?

 

Już któryś raz z rzędu będę komentował odszpuntowanie beczki piwa. Bardzo podobny skład VIPów na scenie, bardzo podobna beczka, ci sami piwowarzy, a i wśród widzów niektóre twarze już znam z widzenia. A jako konferansjer nie chciałbym się powtarzać. To tak pół żartem, pół serio, oczywiście. Ale prawda jest taka, że nie chciałbym wpadać w rutynę, a prowadzę AMBER FEST po raz chyba czwartyJ Więc wyzwaniem jest, by być w tym świeży i się bawić tym bawić.

 

Co w Pana odczuciu wyróżnia AMBER FEST na tle innych tego typu wydarzeń?

 

Z oczywistych elementów: najlepsze miasto, najlepsze miejsce, najsmaczniejsze piwoJ Do tego podoba mi się duża różnorodność proponowanych wydarzeń - rzeczywiście można wpaść na tę imprezę całą rodziną i pobyć kilka godzin – dzieci się pobawią przygotowanymi animacjami, zje się smaczne jedzonko w którymś z foodtracków, kupi pamiątkę, smaczne jedzenie na potem, posłucha muzyki. Wszystkie elementy są bardzo dobrze przygotowane. I na wysokim, jak ja, poziomie.J

 

Jest Pan aktorem, reżyserem i scenarzystą, co zainspirowało Pana do tego by związać swoje życie ze sztuką?

 

Opowieść. Od małego uwielbiałem wszelkiego rodzaju opowieści. I gdy rosłem, okazało się, że nie wystarczy mi je czytać, oglądać, słuchać, że muszę je także opowiadać. Znajduję coś bardzo istotnego dla życiowego odsapnięcia, dla relaksu, ale także dla przeżycia czegoś w tym czasem szarawym życiu, w zanurzeniu się w ciekawej, wzruszającej, sensacyjnej, śmiesznej – różnej opowieści.

 

Czy na scenie artyście łatwiej jest odnaleźć się w sytuacji, która jest improwizowana, czy w takiej, która od początku została rozpisana w scenariuszu. Co pozwala lepiej wyeksponować warsztat aktorski?

 

To bardzo zależy od osoby i jej doświadczeń. Aktorstwo i improwizacja to w wielu punktach zbiegające się, ale jednak różne umiejętności. Wbrew słowu „improwizacja” teatru impro trzeba się uczyć – pewnych mechanizmów, odruchów i zasad. Aktor dramatyczny, który nie ćwiczył impro, może czuć się niekomfortowo w improwizowaniu scenki z aktorem impro. I odwrotnie, stricte improwizator bez treningu aktorskiego wypadnie raczej blado w sztuce teatralnej. To trochę jak porównywać zawodnika karate i kung fu – dla kogoś z zewnątrz obaj nieźle się biją. Ale karateka na turnieju kung fu może nie wiedzieć, co robić i będzie pąsowiał co krok. I oczywiście na odwrót.

 

Prowadzi Pan również aktywność kabaretową, gdzie szuka Pan inspiracji, przy tworzeniu skeczy, i monologów, czy niejako tematy „przychodzą same”?

 

Moja obecna działalność komediowa to improwizacja i teatralne monodramy komediowe. Przy improwizowaniu pomysły to splot moich skojarzeń, ze skojarzeniami partnerów ze sceny oraz pomysłów rzucanych przez widzów. Są to albo bardzo aktualne tematy społeczne, politycznych się raczej unika, bo niepotrzebnie dzielą, ale przede wszystkim są to słodkie absurdy, którymi na czas spektaklu się bawimy. Z doświadczenia wynika, że komedia improwizowana nie jest dla każdego, niemniej jednak ma mnóstwo zagorzałych fanów i bardzo polecam wybrać się na żywo. Popatrzyć, jak na oczach widzów i często z ich pomysłów powstają postaci, historie, głupotki i żarciki.

 

Czy artysta kabaretowy aby występować na scenie, musi umieć śmiać się z siebie?

 

Uważam, że absolutnie tak. Nie interesują mnie komicy, którzy widzą śmieszność tylko w świecie wokół nich. To takie szydercze i dla mnie niezabawne. Natomiast chętnie posłucham i pośmieję się z kimś, kto oprócz słabości świata i ludzi dostrzega to także w sobie. Natomiast kwestię dystansu do siebie od lat promuję nie tylko w komedii. Cały świat potrzebuje trochę luzu wobec samego siebie. Nie podchodzenia aż tak poważnie do swojej nieomylności. Koniec końców nie aż tak istotny jest czyjś pogląd, czyjś żart lub czyjś styl życia. Ważne dla mnie są małe, miłe rzeczy. Od paru miesięcy właśnie o tym grywam mój najnowszy komediowy monodram „Opowieść o brzydkich słowach”

 

Jakie żarty najbardziej bawią nas widzów? Chętniej śmiejemy się z siebie, czy kogoś innego?

 

Sądzę, że jest znacznie lepiej. Coraz więcej widzów potrafi się pośmiać także z siebie. A przynajmniej coraz mniej jest osób, które się na żarty obrażają i nimi urażają. Żeby pośmiać się z samego siebie, trzeba poniekąd uznać przed samym sobą, że nie jest się nieomylnym. Każdy człowiek popełnia błędy, ma słabości, robi głupoty. Próba pośmiania się z nich często pomaga znieść tę życiową nie-perfekcyjność.  Zatem zdecydowanie życzę każdemu takiej umiejętności.

 

Zaczęliśmy od AMBER FEST, zatem zakończmy ją rozmową o Pomorskim Święcie Piwa. Pytając pół żartem, pół serio, czy jest Pan miłośnikiem bursztynowego trunku?

 

Właśnie… W pierwszym pytaniu chciałem odpowiedzieć, że poważnym wyzwaniem w byciu konferansjerem na AMBER FEŚCIE jest powstrzymywanie się przed zbyt szybkim piciem zbyt dużej ilości bursztynowego trunku. A jako że bardzo piwo lubię, to nie jest to łatwe zadanie.