Inspektor z mikrofonem

Fani Lechii przy okazji meczów nie mają okazji go oglądać. Za to zawsze słyszą jego głos, wydobywający się z głośników PGE Areny Gdańsk. Marcin Gałek, bo o nim mowa, jest spikerem na meczach Biało-Zielonych już od ponad 7 lat. Na co dzień pracuje w Urzędzie Kontroli Skarbowej w Gdańsku i jest wykładowcą akademickim. Praca spikera to jego pasja.

Fani Lechii przy okazji meczów nie mają okazji go oglądać. Za to zawsze słyszą jego głos, wydobywający się z głośników PGE Areny Gdańsk. Marcin Gałek, bo o nim mowa, jest spikerem na meczach Biało-Zielonych już od ponad 7 lat. Na co dzień pracuje w Urzędzie Kontroli Skarbowej w Gdańsku i jest wykładowcą akademickim. Praca spikera to jego pasja.

Od kiedy trwa twoja przygoda z Lechią?
- Pierwszy mecz Biało-Zielonych obejrzałem jako 5-latek, w sierpniu 1978 roku. Były to derby Gdańska, w których Lechia, przy Traugutta, ograła Stoczniowca 3:0. Z moim debiutem wiąże się jednak duże rozczarowanie, patrząc oczywiście kategoriami dziecka. Przed meczem tato, który zabrał mnie na wspomniany mecz, opowiadał mi, że piłkarze Lechii grają w zielonych koszulkach i białych spodenkach. Było jednak inaczej! Ubrana na czarno trójka sędziowska wyprowadzała na boisko dwa zespoły: jeden w niebieskich koszulkach i białych spodenkach, a drugi ubrany w pomarańczowe koszulki i czarne spodenki. A gdzie zielono-białe stroje?! To było duże rozczarowanie. Po latach dowiedziałem się, że wówczas jeden z kibiców podarował lechistom stroje w kolorach narodowej reprezentacji Holandii. Dobrze, że mój debiut nie wypadł na inny derbowy mecz ze Stoczniowcem, gdyż gracze tej drużyny 4 lata wcześniej wybiegli na murawę przy Traugutta w tradycyjnych strojach… Lechii. Wtedy już zupełnie nic bym nie rozumiał.

Jakie były początki?
- Z czasem coraz częściej odwiedzałem stadion przy ulicy Traugutta. Cieszyłem się z kolejnych zwycięstw grającej już w zielonych koszulkach i białych spodenkach Lechii. Dopiero od 1982 roku zrozumiałem, na czym polega system rozgrywek ligowych w Polsce. Wiąże się to ze smutnym niestety wydarzeniem - degradacją do III ligi. Wówczas zrozumiałem, że można spaść z ligi lub awansować wyżej. Gdy już się zorientowałem, o co chodzi w tej zabawie, karta się odwróciła. Były awanse, puchary i gra w piłkarskiej elicie. Lechię znów wszyscy kochali. Ten cudowny okres sprawił, że związałem się z tym klubem na dobre i na złe.

Kiedy z kibica stałeś się spikerem?
- Spikerem Lechii jestem od 30 kwietnia 2004 roku. O rany, to już ponad 7,5 roku! Debiutowałem przy okazji IV-ligowego meczu Lechia Gdańsk - Powiśle Dzierzgoń. Do współpracy zaprosił mnie dyrektor Błażej Jenek. Jednak pierwszy mecz, podczas którego pełniłem funkcję spikera, był jesienią 2001 roku, gdy A-klasowa wówczas Lechia w meczu regionalnego Pucharu Polski podejmowała Rodło Kwidzyn. Ówczesny spiker nie mógł akurat być na meczu. Wicedyrektor klubu Piotr Wojdakowski poprosił mnie o zastępstwo. Pamiętam, że zgodziłem się jedynie pod warunkiem, że cały mecz spędzi obok mnie, podpowiadając, kto ewentualnie był „last action hero”. Był to jednak tylko jeden mecz, a regularnym spikerem jestem, jak już wspomniałem, od ponad 7 lat.

Spiker to głos Klubu. Czujesz dużą odpowiedzialność z racji pełnionych zadań?
- Oczywiście. Praca stadionowego konferansjera to nie tylko wiedza merytoryczna, ale też tworzenie odpowiedniej atmosfery, tonowanie nastrojów, a także czuwanie nad bezpieczeństwem widzów.

Jakie warunki musiałeś spełnić, by zostać spikerem?
- Osoba pełniąca funkcję spikera podczas meczów piłki nożnej w Polsce musi mieć licencję wydaną przez PZPN. W 2004 roku byłem na kursie organizowanym na Pomorzu i zdobyłem uprawnienia do bycia spikerem na meczach III ligi i klas niższych. W 2006 roku skończyłem w Katowicach kurs uprawniający do bycia spikerem w ekstraklasie. Składał się on z wykładów z języka, psychologii, z zachowania, z zasad piłki nożnej. Na końcu był egzamin. Przyznam, że nie był trudny.

Jakie cechy powinien mieć dobry spiker?
- Nie ma definicji „dobrego spikera”. Każda z osób sprawujących tę funkcję ma swoją filozofię, nazwijmy to „spikera idealnego”. Na pewno jednak każdy spiker powinien cechować się refleksem i zdolnością przewidywania wydarzeń, gdyż swoimi komunikatami, niejako stymuluje zachowania osób obecnych na stadionie. Zawsze podkreślam, że „spikerka” to rodzaj audycji radiowej prowadzonej na żywo. Każdy błąd, każde potknięcie, może mieć olbrzymie znaczenie, a słuchacze takie wpadki wyłapują bezbłędnie.

Od kilku miesięcy masz okazję pracować na PGE Arenie Gdańsk. Da się to miejsce porównać do historycznego stadionu na T29?
- Oba miejsca łączy klimat związany z Lechią, z drużyną i przede wszystkim z kibicami. Porównując oba obiekty, trzeba przyznać, że to jednak zupełnie dwie różne konstrukcje. Dodam, że obie z niepowtarzalnym klimatem, obie na swój sposób piękne. Stadion przy Traugutta czaruje swoim położeniem. PGE Arena to nowoczesność. Na obu obiektach zasiadam wśród kibiców i chłonę atmosferę meczu. Jednak na nowym obiekcie, obok samego mówienia do publiczności, dochodzi jeszcze wiele gadżetów, których poznanie zajęło mi trochę czasu. Współpraca z realizatorem dźwięku, praca na dwa mikrofony, telebimy i zsynchronizowanie moich komunikatów z wyświetlanymi na nich obrazami, to tylko kilka nowości, jakie spotkałem na nowym stadionie. Oba obiekty, jeśli chodzi o obsługę spikerską, łączy też niezawodny Mariusz Kordek, koordynujący przebieg „audycji”, w której ja użyczam swojego głosu.

Co należy do twoich obowiązków przy okazji spotkań Lechii?
- Praca spikera na stadionie zaczyna się na trzy godziny przed meczem, kiedy uczestniczę w odprawie z delegatem PZPN. Następnie upewniamy się wraz z osobami współpracującymi, czy wszyscy znają kolejność prezentacji wydarzeń na stadionie. Oczywiście na bieżąco śledzę wydarzenia z innych meczów, tak, aby na kwadrans przed meczem przedstawić naszym kibicom jak najbardziej aktualne wyniki, tabelę itp. Muszę współpracować również z osobami odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo na obiekcie, co przejawia się poprzez komunikaty organizacyjne. Powitanie widowni następuje zazwyczaj na około 15-20 minut przed meczem, zaraz po wybrzmieniu pierwszych taktów „Stawki większej niż życie”. Tę część pracy staram się tak przedstawić, aby na wejściu drużyn na murawę nie zagłuszać śpiewanego przez kibiców hymnu „O nasz…”. Zresztą komunikaty w trakcie gry też nie powinny nakładać się na kibicowskie śpiewy. Po ostatnim gwizdku sędziego jest jeszcze zaproszenie na kolejne spotkania Lechii i ewentualne komunikaty związane z opuszczeniem obiektu lub informacje dla kibiców przyjezdnych. Na stadionie spędzam zazwyczaj 6 godzin.

Pełnienie obowiązków spikera Lechii traktujesz jako dodatkowe zajęcie czy to jednak pasja i marzenia z młodzieńczych lat?
- Nigdy nie myślałem o zostaniu spikerem podczas meczów. To, że nim jestem, to zupełny przypadek. Zostałem niejako „namaszczony” przez innych bywalców stadionu przy Traugutta. Decydowały chyba znajomość tematu (Lechia) oraz – wstyd się przyznać – gadulstwo, zwane elegancko umiejętnym posługiwaniem się językiem polskim (śmiech). Reasumując, z początku była to zabawa, ale z czasem stało się to pasją.

Niewielu kibiców wie, że na co dzień jesteś pracownikiem Urzędu Kontroli Skarbowej w Gdańsku.
- To prawda. Formalnie jestem inspektorem kontroli skarbowej, a zajmuję się audytem środków pochodzących z Unii Europejskiej oraz innych źródeł zagranicznych. Co ciekawe, znam jeszcze dwóch spikerów (piłkarskiego i żużlowego), którzy swego czasu pracowali w Urzędzie Kontroli Skarbowej.

Jakby tego było mało, jesteś też wykładowcą...
- Współpracuję z kilkoma wybrzeżowymi uczelniami, ale moją „macierzystą” jest Wydział Zarządzania Uniwersytetu Gdańskiego. Prowadzę zajęcia związane z prawem podatkowym oraz zasadami dotyczącymi pozyskiwania środków z Unii. Od razu uprzedzam ewentualne pytanie - o ocenie dla studenta nie decyduje sympatia do tego czy innego klubu, ale… tylko i wyłącznie wiedza w zakresie podatków i kwestii związanych ze środkami unijnymi.

W tym wszystkim jest czas dla rodziny?
- Oczywiście, że jest! Musi być! Rodzina jest zdecydowanie najważniejsza. Choć przyznam, że w weekendy, kiedy prowadzę zajęcia na uczelni, bądź Biało-Zieloni grają mecz w Gdańsku, jako mąż i tato jestem w domu raczej duchem niż ciałem. Podobnie jest w dni powszednie, gdy popołudniu mam wykłady. Cóż, takie jest życie. Mam nadzieję, że moja małżonka to wytrzyma, a praca nie przeszkodzi mi w uczestniczeniu i prawdziwym przeżywaniu radości bycia ojcem dwóch wspaniałych córek.

Czego ci życzyć w nadchodzącym nowym roku?
- Ktoś powie, że odpowiedź jest sztampowa, ale najbardziej życzyłbym sobie dużo zdrowia oraz szczęścia rodzinnego. A niejako jako dodatek prosiłbym o sukcesy lechistów. Tego wszystkiego życzę również wszystkim Czytelnikom, zakładając, że są to osoby, którym leży na sercu dobro gdańskiej Lechii.

Newsletter

Formularz kontaktowy